Nowobogaccy

0
748

Bogaci nie zawsze byli bogaczami – właściwie żaden polski biznesmen bogaczem się nie urodził. Dlatego wstydzą się niektórych swoich zachcianek „z biedniejszych czasów” i jednocześnie pozwalają sobie na niezbyt licujące z kreowanym przez siebie wizerunkiem słabostki. A po zjedzeniu uwielbianego hamburgera mają moralnego kaca.

– Bogaty z jednej strony tworzy swój wizerunek, a z drugiej daje sobie labę. Mechanizm społeczny powoduje, że wstydzi się pewnych rzeczy, które jednak są mu z innych powodów bliskie. Założę się, że bogaty Kowalski może być dresiarzem i nie zaliczać się do stylu biznesowego. Każda grupa społeczna na własne potrzeby kreuje swoją postać – tłumaczy profesor Michael Fleischer z Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UW, który przebadał mieszkańców polskich miast pod względem stylu życia, między innymi tych najbogatszych.

Aby ten proces wyjaśnić, musimy zrozumieć, że bogaci nie zawsze byli bogaczami. Gdy spojrzymy na sprawę głębiej to okaże się, że właściwie żaden polski biznesmen bogaczem się nie urodził. Być może z tego powodu klasa biznesu nie może sobie pozwolić na rozbijanie z mozołem budowanego wizerunku. Dlatego wstydzą się niektórych swoich zachcianek i uprawiając swoiste guilty pleasures, pozwalają sobie jednocześnie na, w ich własnym mniemaniu kompromitujące bądź niezbyt licujące z kreowanym przez siebie wizerunkiem, słabostki.

 

Sukces wyhodowany na straganach

W Polsce nie ma „starych pieniędzy”. Przedwojenna warstwa średnia i arystokracja w praktyce nie istnieje. Pozostałości niegdysiejszych fortun zostały całkowicie zubożone przez poprzedni system, który wyrównał wszystko i wszystkich „do zera”. Nawet biznesmeni umieszczani dziś w rankingach tych najbogatszych zaczynali swoje kariery na straganach, gdzieś w mrokach komunizmu. Zjawisko dobrze jest widoczne na przykładzie wyższej kadry menadżerskiej. W polskich warunkach zwykle są to ludzie, którzy zaczynali swoją historię zawodową wraz z pojawieniem się u nas wielkich korporacji. Najczęściej startując z pozycji przedstawiciela handlowego, dziś awansowali do rangi prezesów i general menagerów. To właśnie wtedy potrzeby i przyzwyczajenia konsumpcyjne ewoluowały, a wraz z nimi, ich biznesem, ich otoczeniem, część nawyków pozostała. Między innym z tego powodu można o bogatych mówić, że są bardzo różni i że jedni chętnie pomagają kościołowi, drudzy szkołom czy bibliotekom, a inni są fundatorami nagród w prestiżowych konkursach. Jedno, co ich łączy to fakt, że nie zawsze obnoszą się ze swoją dobroczynnością. Podobnie jak ze słabostkami, o których, tak jak kiedyś, marzą i teraz.
Dominik Frajberg, prezes zarządu Asset Business Development oraz Instytutu Badań i Analiz Menadżerskich IBAM jest psychologiem biznesu i menadżerem. Od 15 lat zajmuje się problemami ludzi biznesu. Środowisko zna jak własną kieszeń. – Na początku kariery następuje jakby imprinting, używając terminu Konrada Lorenca, tego co jest dobre, fajne i smaczne. Takich rzeczy pożądaliśmy na początku kariery i cel ten odcisnął sie na nas w niezatarty sposób. Kiedy zaczynaliśmy pracę, w czasach zaraz po transformacji, właśnie te spodnie, buty, kurtka były marzeniem. Na takie „bajery” podrywało się dziewczyny. Oczywiście dziś menadżerowie już wiedzą, że Nike czy Mustang są to popularne, użytkowe marki dla studentów – tłumaczy.

 

Zakazane smaki

Status społeczny ludzi sukcesu powoduje czasem zabawne sytuacje. Bogaci kupują rzecz, której pragną, ale wiedzą, że nie powinni jej chcieć, więc po zastanowieniu oddają ją do sklepu lub w jakiś inny sposób starają się pomniejszyć zachciankę, racjonalizując: że to „na Mazury”, „na wieś” albo „do malowania”, ale przecież nie malują i na wieś nie jadą.

Najpopularniejsza jest „spożywka”. Oczywiście fast foody. Niby banał. Wiadomo, że zrobione są tak, że nie dają wyboru. Mają smakować wszystkim, bez względu na zasobność portfela. Ale bogatym nie wypada kupować i spożywać burgerów. Mimo, że chętnie je kupują, to nie powiedzą, że zamawiają w KFC czy u Chińczyka. Tym bardziej, że jedzenie tego typu sprawia im frajdę. Dodatkowy aspekt to mała dietetyczność tych dań, a obecnie człowiek sukcesu musi być wysportowany i mieć szczupłą sylwetkę. Co prawda potrójny whopper temu nie sprzyja, ale smakuje. Hubert Drabik, dyrektor dystrybucji mediów w Sony Pictures Television Networks, nie jest wolny od kulinarnych słabostek. Wielokrotnie był świadkiem, jak koledzy po negocjacjach biznesowych chcieli zjeść posiłek w McDonaldzie czy KFC, ale nie jedli, bo im nie wypada. Gdy jednak po kilku mocnych drinkach organizm krzyczy „jeść!”, wówczas droga powrotna do domu zawsze staje się festiwalem kebabów i hot-dogów, chociażby ze stacji benzynowych. – Uwielbiam chrupać włoskie grissini i tradycyjne polskie słone paluszki. Wtedy moja żona ma niesamowity ubaw i często ze mnie żartuje. Trzeba mieć do tych słabostek zdrowy dystans. Wielu osobom, które znam, tego dystansu brakuje i strasznie demonizuje tę kwestię. Szkoda, że tak często tylko na potrzeby budowania dosyć kruchego i iluzorycznego wizerunku towarzyskiego „światowej klasy biznesmena” – dodaje Drabik.

Druga grupa zachowań nie wynika bezpośrednio z zasobności portfela, ale jest z nią bardzo związana. To cecha, którą możemy określić jako bardzo dużą oszczędność lub rozsądek w wydawaniu pieniędzy. W praktyce oznacza to, że „dla siebie” bogacz robi zakupy w tanim dyskoncie, kupuje tanie produkty, bo jest oszczędny i nie chce przepłacać. W domu używa wody Saguaro z Lidla, ale do pracy zabierze już wodę Bling H2O za 40 dolarów. I oczywiście nigdy się nie przyzna, że kupuje w Auchan czy Tesco. Prędzej powie, bo jakżeby inaczej, że zakupy robi przez Internet.

 

Andrzej Ficowski 

ilustracje: Paulina Darecka/Kiosk Studio

 

Art&Business

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ