Miasto przyszłości. Brasilia, Dubaj, Abidżan – co je łączy?

0
363

To metropolie, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie istniały. Budynki, ulice i parki w tych miastach powstały niemal od zera. W dużych aglomeracjach to rzadki luksus. Zwłaszcza w ich gęsto zabudowanych centrach, gdzie najbardziej deficytowym towarem jest wolny kawałek przestrzeni. Nie tylko w Singapurze czy Nowym Jorku, ale także w największych polskich miastach poszukiwanie alternatywy dla skrawka ziemi bywa testem dla ludzkiej pomysłowości.

Brak przestrzeni w miastach doskwiera nam coraz bardziej, ale nie jest to bynajmniej nowy problem. Zachodnie aglomeracje już dawno osiągnęły rozmiary, które zmuszały inwestorów i mieszkańców do niekończących się kompromisów. Z czasem do miast europejskich i amerykańskich dołączyła cała plejada głównie azjatyckich metropolii. Wraz z rosnącą liczbą mieszkańców rosło też zapotrzebowanie na przestrzeń, której tymczasem stale ubywało.

Zdaniem Amiego Szmelcmana z paryskiej pracowni Gottesman-Szmelcman Architecture, mimo że brak przestrzeni to kłopot dla architekta i inwestora, wyzwala też dużą kreatywność. – Często architektoniczne koncepcje rodziły się właśnie dzięki ograniczeniom. Dzięki próbom rozwiązania problemów w sposób najbardziej funkcjonalny i ekonomiczny – wyjaśnia mi Szmelcman. Historia zdaje się potwierdzać jego słowa. Gdy okazało się, że wybudowanie mieszkania, zaparkowanie samochodu czy zasadzenie marchewki wymagałoby co najmniej sporu o miedzę z sąsiadem a zazwyczaj aneksji jego działki, inwestorzy i mieszkańcy zwrócili oczy ku niebu i… ziemi. Poszukiwanie wolnych gruntów zostało zastąpione przez pomysły na konstrukcje podziemne, wykorzystanie dachów i tworzenie coraz wyższych budynków.

Na początku był wieżowiec

William Le Baron Jeney to nazwisko, które kojarzy niewiele osób. A to właśnie on odcisnął największe piętno na znanym nam krajobrazie współczesnych metropolii, którego znakiem szczególnym są imponujące drapacze chmur. Choć pierwsze wieżowce powstawały już w XVI wieku, z powodów technicznych ich wysokość musiała podlegać znacznym ograniczeniom. Zmienił to dopiero tzw. szkielet chicagowski – opracowana przez Le Barona Jeneya stalowa konstrukcja brała na siebie część ciężaru powstających ścian. Był koniec XIX wieku. Od tego czasu kolejne drapacze chmur w USA – głównie Chicago i Nowym Jorku – zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Stwierdzenie „sky is the limit” zyskało bardzo praktyczny wymiar.

Podbijanie nieba nie mogło jednak stanowić odpowiedzi na wszystkie kłopoty, z jakimi borykali się mieszkańcy przeludnionych miast. Gdy Le Baron Jeney projektował Home Insurance Building – pierwszy nowoczesny wieżowiec – Karl Benz budował dopiero swój pierwszy trzykołowy automobil. Z czasem pojazdy mechaniczne trafiły także pod miejskie strzechy, a urbaniści zaczęli się głowić nad tym, jak je pomieścić w gęsto zabudowanych okolicach.

Na prosty, a jak się z czasem okazało, rewolucyjny pomysł, wpadł Louis Lesser – deweloper, któremu przyszło budować parkingi dla California State University w Los Angeles. Uczelnia nie dysponowała terenem, na którym parkingi mogły powstać. Lesser postanowił zatem poszukać miejsc parkingowych… pod ziemią. W ten sposób dał początek podziemnym parkingom, które weszły do kanonu rozwiązań konstrukcyjnych.

Na podziemne parkingi stawia coraz więcej polskich samorządów – budowane pod placami, czy boiskami, mają odciążyć centra takich miast jak Warszawa, Kraków czy Wrocław. Nie sposób też wyobrazić sobie dużych inwestycji mieszkaniowych, pozbawionych takich parkingów. Pod powstającym w Krakowie zespołem apartamentów Angel Wawel mieszkańcy zaparkują 240 samochodów. – Podziemny parking jest w tym wypadku ważny m.in. ze względów estetycznych i praktycznych, samochody nie są widoczne z zewnątrz i są chronione przed działaniem warunków atmosferycznych – tłumaczy Sebastian Bieńkowski, menadżer projektu Angel Wawel. –  Podziemny parking pozwala też na wybudowanie większej liczby mieszkań, czego w historycznym centrum miasta nie można osiągnąć przez podwyższanie budynku – dodaje.

 

Drzewa rosną do nieba

Tego ostatniego problemu nie mają z pewnością mieszkańcy Szanghaju czy Singapuru. W okolicy zdominowanej przez wieżowce kolejne drapacze chmur to naturalna kolej rzeczy. Budowa coraz wyższych budynków zapewnia mieszkańcom miejsce do życia i pracy, ale nie pozostawia wiele przestrzeni na cokolwiek więcej.

Szczególny jest w tym wypadku przypadek Singapuru – kraju, a zarazem miasta, w którym gęstość zaludnienia jest ponad dwukrotnie większa niż w Warszawie. Nie może zatem dziwić, że miejscowi producenci zaspokajają tylko kilka procent lokalnego zapotrzebowania na warzywa. Wydaje się jednak, że znaleziono przynajmniej częściowe rozwiązanie także tego problemu. W kraju, w którym łatwiej o wieżowiec niż o pole uprawne zaczęto hodować rośliny… na pionowych „farmach”. Każda z takich farm ma ok. 10 metrów wysokości, a rośliny dojrzewają na kolejnych piętrach, których nachylenie jest regulowane w zależności od nasłonecznienia. Pierwszą tego typu farmę wybudowała firma Sky Greens, a przedsięwzięcie zyskało poparcie miejscowego rządu.

Dachowanie

Uprawa roślin w mieście nie zawsze odbywa się w tak ekstremalnych warunkach, przy użyciu technologii rodem z filmów science-fiction. Mieszkańcy, którzy nie mają szans na własny ogródek, a chcieliby się zatroszczyć choćby o kilka grządek, coraz częściej spoglądają w stronę dachów. Takie rozwiązanie zyskuje popularność zwłaszcza za oceanem. – Dachy są rzadko wykorzystywane, dzięki czemu można je wynająć taniej niż kawałek gruntu  – wyjaśnia mi Anastasia Cole Plakias, współzałożycielka Brooklyn Grange Rooftop Farms w Nowym Jorku. – My szukamy dachów, które wytrzymają ciężar farmy. Dzięki temu koszt jej założenia jest niewielki – tłumaczy. W jeszcze lepszej sytuacji są założyciele Hell’s Kitchen  Farm Project. – Budynek, na którym założyliśmy farmę stanowi własność osób, które zaangażowały się w projekt, a to znacznie obniżyło koszty – mówi Lauren Baccus, reprezentująca Hell’s Kitchen. Zdaniem obu kobiet pomysł przeznaczania dachów zyskuje na popularności. W Stanach kolejne powstają w Nowym Jorku, Bostonie i Chicago. Poza USA m.in. w Danii, Holandii i w krajach azjatyckich – wylicza Cole Plakias.

Ogród to nie jedyny pomysł na wykorzystanie powierzchni dachu. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że na szczycie budynku można umiejscowić także basen. Brak dostępnych lokalizacji i wysokie ceny sprawiają, że właśnie na dachach powstają boiska. Mało kto jednak wie, że na dachach powstają także biura i domy… W takich inwestycjach celują Chińczycy. W mieście Zhuzhou biura dla pracowników agencji nieruchomości powstały na dachu centrum handlowego! Na podobny pomysł wpadł deweloper w Hengyang, który na dachu marketu ulokował całe osiedle luksusowych willi. W tym wypadku jednak budowa okazała się nielegalna i opustoszałe domy zostały zajęte przez mieszkańców przybywających z prowincji.

W górę, w dół, na skos?

Kopiemy w głąb ziemi, budujemy ku niebu, w poziomie już dawno dotarliśmy do ściany. Mimo że wolne miejsce w miastach stale się kurczy, jak dotąd sprytnie znajdujemy przestrzeń tam, gdzie pozornie nawet główka od szpilki nie ma prawa się zmieścić. Czy w końcu nasza dobra passa się skończy i dożyjemy czasu, gdy miasta nie pomieszczą już nic więcej? Zdaniem Amiego Szmeclmana, który zaprojektował m.in. krakowski zespół apartamentów Angel Wawel, los oszczędzi nam takiego dyskomfortu. – Myślę, że jeszcze daleko nam do punktu, w którym problemów z brakiem przestrzeni nie będziemy w stanie rozwiązać. Pomysłowości wystarczy nam na pokolenia – zapewnia. – A jeśli kiedyś miejsce się skończy, mogą nam pomóc nowe technologie, które już dzisiaj zmieniają nasze funkcjonowanie. Urbaniści dostosują wtedy swoje plany do zmian społecznych, nie będą tworzyć megalopolis – kończy.

 

Tomasz Biegański

ZOSTAW ODPOWIEDŹ