Mario Testino: Fotografuję to, co widzę oraz to, co chcę widzieć

0
666

Testino robił zdjęcia chyba wszystkim znaczącym tego świata i pracował dla każdego liczącego się magazynu. Kate Moss mówi o nim „Mario is da best” – i nie przesadza.

Mario w objęciach z: Claudią Schiffer, Gisele Bündchen, Anną Wintour; całujący z rozbawieniem silikonowe usta Lindsay Lohan albo obłapiający swoją muzę – Kate Moss. Oglądając zdjęcia z wernisaży, premier filmowych, pokazów mody, można odnieść wrażenie, że gwiazdy zabijają się o fotkę z nim. Im ciaśniejszy przytulas, im szerszy uśmiech na twarzy – tym lepiej.

 

„Fotografuję to, co widzę oraz to, co chcę widzieć” – mówi Testino i szczególnie ta druga część zdania świetnie opisuje jego komercyjne prace.  Na zdjęciach Mario celebryci wyglądają jak półbogowie: są idealni, piękni, mają nienaganne ciała, delikatne rysy. To stylistyka modowych magazynów, do której zdążyliśmy już przywyknąć. Zmieniają się ciuchy, dekoracje i kolory, ale twarze pozostają podobne, nieruchome niczym za dotknięciem magicznej, botoksowej różdżki. Zdjęcia Testino krytycy określają mianem „apoteozy powierzchowności” (the apotheosis of shallowness). Fotograf zawsze odżegnywał się od brudnego, heroinowego szyku lat 90., choć ukochał jego ikonę – Kate Moss. Jak sam mówi: „Pochodzę z Ameryki Południowej, my celebrujemy życie”.

 

Lukrowane przez przypadek

Urodził się w Peru, skąd przeniósł się do Londynu, a później Nowego Jorku w pogoni za swoim american dream. Tu historia toczy się dość sztampowo – tanie mieszkania, brak pieniędzy, niedojadanie, aż wreszcie wykorzystana szansa i komercyjny sukces, za którym stoją dwie kobiety: Carine Roitfeld i Madonna. Pierwsza dostrzegła talent Testino, zapraszała go do współpracy i zachęcała do rozwijania indywidualnego stylu. Druga pozowała mu do najsłynniejszych fotografii. To Mario zrobił portret Madonny jako Evy Perón i piękne, okładkowe zdjęcie albumu „Ray of light”. Testino pokochali również dyrektorzy wielkich firm odzieżowych. Rozumieją się w zasadniczej dla tego biznesu kwestii – fotograf jest od tego, żeby ciuchy wyglądały dobrze i świetnie się sprzedały. Testino bez ogródek mówi: „Fakt, że świetne zdjęcie może nakręcić sprzedaż produktu, przyprawia mnie o dreszcz podniecenia”.

 

Mimo że polukrowane i dopracowane, jego najsłynniejsze fotografie powstają – jak sam opowiada – trochę przez przypadek. Tak było ze zdjęciem zaręczynowym księcia Williama i Kate Middleton. Sesja trwała wiele godzin. Po jej zakończeniu fotograf podszedł do pary i pstryknął jeszcze kilka klatek. Okazało się, że dopiero te ostatnie ujęcia pokazały to, co chciał osiągnąć – radosnych, zakochanych, młodych ludzi. A skoro mowa o rodzinie królewskiej – kilka lat wcześniej to właśnie Testino wykonał jedne z najsłynniejszych portretów księżnej Diany – eleganckiej, ale seksownej, lekko rozmarzonej, wreszcie szczęśliwej. Sesja miała miejsce pięć miesięcy przed jej tragiczną śmiercią.Pytany o to, jak udaje mu się nakłonić do współpracy wielkie gwiazdy, mówi wprost: „Zrozumiałem, że jestem w pewnym sensie performerem. Gdy fotografuję, gram. Uwielbiam rozśmieszać innych, uwielbiam się z nimi drażnić. Mówię wprost rzeczy, których inni nie mieliby odwagi powiedzieć. Wczoraj podczas sesji pokazując pozycję, powiedziałem: «Spójrz, gdy tak odwracam głowę, mój policzek przekręca się tam dopiero sekundę później». Magia przychodzi, kiedy portretowany potrafi się zrelaksować”. Może w tym tkwi sukces wiecznie roześmianego Maria, może dlatego kochają go celebryci. Lekką błazenadą sprawia, że czują się przez chwilę jak rozrabiające dzieci. „Gdy George Clooney zapytał mnie, czy widziałem któryś z jego filmów – mówi Testino – odpowiedziałem, że nie. «O! Jak miło!» – skomentował. Przyznałem się więc, że tydzień wcześniej fotografowałem jego przyjaciela, Brada Pitta, i jego filmów też nie widziałem, nie licząc początku jednego, który pokazywali w samolocie. Ale szybko na nim zasnąłem. Na koniec sesji George Clooney dał mi swój numer telefonu, nalegając na ponowne spotkanie. Gdy jednak zadzwoniłem, w słuchawce odezwał się… Brad Pitt”.

 

Patrycja Jastrzębska

Przeczytaj cały artykuł w październikowym „Art & Business”.

 

Art&Business

Zapisz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ