CONRADO MORENO

0
539

Hiszpania jest jak puzzle, gdzie zupełnie różne elementy pasują do siebie jak ulał. Jest miejsce na siestę i na fiestę, na kontemplację sztuki w pinakotece i spontaniczny taniec na ulicach, na sycącą domową zupę i szybkie tapas w gwarnych barach, na zwiedzanie miast południa i samotną pielgrzymkę po północnej Galicji. Warto poddać się nastrojowi chwili i zrezygnować z przewodnika, by poznać autentyczny hiszpański koloryt, pamiętając, że idąc bez celu, odkrywamy najwięcej.

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER

Czy dzisiejszy Madryt jest takim samym miastem, jakie zapamiętałeś z dzieciństwa?

– W Polsce jest takie ciekawe powiedzenie "Życie jak w Madrycie", które wyraża podziw dla beztroski typowej dla mieszkańców Madrytu. Z kolei madrytczycy mawiają "de Madrid al cielo", czyli "Z Madrytu do nieba", co obrazuje, że sami Hiszpanie mają wyobrażenie dostatniego, wygodnego, pozbawionego zmartwień życia w Madrycie, gdzie uśmiech jest na porządku dziennym, a radość odczuwalna na co dzień. Mniej metaforycznie rzecz pojmując, bliskość nieba może też wynikać z faktu, że Madryt jest najwyżej położoną stolicą Europy. W moich oczach jest on rzeczywiście jest bardzo kolorowy, radosny, pełen otwartych ludzi, którzy bez skrępowania patrzą sobie w oczy. Te elementy na pewno pozostały niezmienne, odkąd mieszkałem w Madrycie jako dziecko. Jednocześnie nasza zdolność do uchwycenia pewnych cech danego miejsca zależy od tego, jak mocno mamy wyostrzone zmysły, lub od tego, jak bardzo jesteśmy wrażliwi. Wydaje mi się, że mam w sobie wiele wrażliwości, podobnie jak wielu moich znajomych Hiszpanów. Mówię o tym, bo w moich wspomnieniach Madryt jest czymś znacznie więcej niż kosmopolityczną metropolią, w której mieszają się różne kultury. To miasto o niezmiennym kolorycie, nasycone charakterystycznymi zapachami. Jest tu ponad 15 tys. barów, więc miejską przestrzeń wypełnia zapach przyrządzanego jedzenia, który miesza się z zapachami przyrody i aromatem rosnących na ulicach bananowców. Wszystko to sprawia, że za każdym razem, gdy wracam do Madrytu, na nowo ożywają we mnie obrazy zapamiętane z dzieciństwa i wakacyjnych pobytów sprzed lat.

Często tam, odkąd mieszkasz na stałe w Warszawie?

– Nie, niestety dziś bywam w Madrycie znacznie rzadziej, niż bym chciał, bo zaledwie raz lub dwa razy do roku, i są to krótkie pobyty. Nie ukrywam, że bardzo mi brakuje Madrytu. Ilekroć wracam tam myślami, budzi się we mnie jakaś melancholia, niebywała tęsknota, co na pewno po części wynika z mojego podwójnego pochodzenia. Myślę, że zawsze będę rozdarty między Hiszpanią a Polską.

Gdzie kierujesz pierwsze kroki, gdy po dłuższej przerwie, stęskniony, wracasz do Madrytu, choćby na krótko? Masz takie ulubione miejsca najbliższe sercu?

– Z pewnością ze względu na moje pochodzenie i fakt, że dziś mieszkam daleko, zawsze wracam do miejsc, w których dorastałem, ale równie często bywam w okolicach typowo turystycznych. Chociaż – nie wiedzieć czemu – nie bardzo lubię typowo turystyczne historyczne zakątki, takie jak Puerta del Sol czy Plaza Mayor w centrum Madrytu, zawsze tam wracam i próbuję odnaleźć w nich nowe piękno. Ponieważ w Hiszpanii życie tętni nie w domach, nawet nie w barach, tylko na ulicach, właśnie w tej wspólnej przestrzeni, niezależnie od tego, w którym punkcie miasta się znajdziemy, odnajdziemy typowy dla Madrytu koloryt i rytm.

Z krótką przerwą na popołudniową siestę?

– Tak, chociaż nie jest to już tak silny zwyczaj jak dawniej. Ze względu na liczbę turystów bary i restauracje dostosowały się do ich rytmu życia, ale urzędy, banki i inne instytucje publiczne nadal mają w ciągu dnia przerwę, co obcokrajowcy odczuwają jako dużą niedogodność, mimo że częściej niż kiedyś odchodzi się od zwyczajowej siesty na rzecz europejskiego modelu pracy.

Cały czas dobrze się odnajdujesz w mieście, gdzie życie tętni całą dobę, głównie na ulicach, czy dziś wracasz do Hiszpanii bardziej jak turysta zafascynowany kolorytem, ale odczuwający tę upragnioną inność jako coś nieco uciążliwego, do czego trudno przywyknąć?

– Rzeczywiście, człowiek szybko przyzwyczaja się do trybu życia typowego dla miejsca, w którym mieszka na stałe i funkcjonuje na co dzień. Bywa, że przyjeżdżam do Hiszpanii i uderza mnie np. bezsens zamykania banków tak wcześnie. Jednocześnie mam świadomość, że jest to rdzenna część dziedzictwa, która skłania do refleksji, jak odmienne mogą być dwa – wydawałoby się – podobne narody, leżące w tej samej strefie i reprezentujące ten sam system geopolityczny.

Tradycja Hiszpanii to również fiesty – szczególny czas świętowania, kiedy koloryt miast staje się jeszcze bardziej odczuwalny, a życie całkiem przenosi się z domu na zewnątrz. Kiedy szczególnie warto odwiedzić Madryt, żeby zasmakować prawdziwej hiszpańskiej kultury?

– Kalendarz Hiszpanii jest pełen świąt. Zarówno każde duże miasto, jak i małe miasteczko ma swojego patrona, którego święto jest tygodniową uliczną fiestą – z uroczystościami i zabawami, które niekoniecznie mają wiele wspólnego z pierwotną obrzędowością religijną. W Madrycie najwięcej dzieje się 15 sierpnia – w święto Virgen de la Paloma – Matki Boskiej patronującej miastu. Mieszkańcy zakładają w tym czasie ludowe stroje, bawią się i tańczą na ulicach przy dźwiękach typowych dla tradycji instrumentów, w tym katarynki, obecnej przy tego rodzaju obrzędach, ale też na coniedzielnym pchlim targu w Madrycie. Kolejna ważna okazja do świętowania to dla madrytczyków dni św. Izydora – kolejnego patrona miasta, które łączą się z rozpoczęciem sezonu walki byków, szczególnie kojarzonej z Madrytem ze względu na największą arenę w kraju.

No właśnie, turyści widzą w niej przede wszystkim widowisko i swego rodzaju egzotykę, stanowiącą część folkloru, a jak podchodzą do kontrowersyjnej corridy sami Hiszpanie?

– Mówiąc o walce byków, należy podkreślić, że nie wszyscy Hiszpanie są jej zwolennikami, tak samo jak nie wszyscy są przeciwnikami. Corrida jest tematem, który mocno dzieli społeczeństwo. Jeśli przyjrzeć się publiczności zgromadzonej na arenach, to prawie nie ma tam młodych ludzi. W większości to ludzie starsi, którzy bywali na walkach ze swoimi rodzicami, dziadkami, a dziś chętnie zabierają na widowisko swoje wnuki. Nie ulega wątpliwości, że jest to okrutna tradycja, ale jednocześnie jest to część hiszpańskiej tradycji, co nie oznacza, że nie należałoby się zastanowić, czy w dzisiejszych czasach ma to sens i jak należałoby ją zmienić, aby stała się ona bardziej humanitarnym widowiskiem. Jednocześnie mój przyjaciel jest torreadorem, co nie pozwala mi jednoznacznie określić się po jednej albo drugiej stronie. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że są to ludzie gotowi oddać życie w walce, którzy stawiają tradycję ponad miłość, rodzinę, związek czy zdrowie, należy się chociaż na chwilę pochylić nad ich wyborem i zastanowić, dlaczego jest to dla nich tak ważne. Dla nich corrida jest filozofią życiową czy wręcz religią, dlatego argument o okrucieństwie walki uznają za niewystarczający, bo we współczesnym świecie widzą zbyt wiele hipokryzji związanej z zamykaniem oczu na cierpienie zwierząt na co dzień. Trzeba pamiętać, że niezależnie od oceny, w wielu miejscowościach Hiszpanii nie ma fiesty bez encierro, czyli gonitwy byków, lub corridy.

Zwykle, zwiedzając nieznane kraje, turyści opierają się na przewodnikach. Co jako rodowity Hiszpan i znawca Madrytu poleciłbyś tym, którzy nie lubią odkrywać nowych miejsc utartymi ścieżkami?

– Oczywiście wszystko zależy od tego, co kto lubi i ile czasu może poświęcić na zwiedzanie, ale sam jestem zwolennikiem podróżowania, które niekiedy prowadzi do zagubienia się w gąszczu ulic i zakamarków. To właśnie idąc bez wyznaczonego celu, zwykle odkrywamy najwięcej. O tym, że tak naprawdę poznajemy nowe miejsce na ziemi, możemy mówić tylko wtedy, gdy zboczymy z utartego szlaku. Tak opisuję miasto w swoim przewodniku – przez pryzmat subiektywnych wspomnień, doświadczeń, rekomendując miejsca, które znam i lubię, a które nie do końca są flagowymi wizytówkami miasta. Mimo że Madryt jest stolicą, dużo większym powodzeniem ze strony turystów cieszy się ze względu na swoje położenie Barcelona. W ogólnej świadomości Polaków Madryt jest nie do końca znany. Kojarzy się głównie z klubem sportowym, może jeszcze z muzeum del Prado. Myślę, że ten drugi trop jest słuszny i wart rozwinięcia, bo Madryt to niezwykłe pinakoteki – nie tylko del Prado, ale również Muzeum Narodowe Królowej Zofii czy Muzeum Thyssen-Bornemisza. Jednak nie wszystkich interesuje sztuka, dlatego myślę, że siłą Madrytu jest niezliczona ilość barów, w których z jednej strony poznajemy paletę smaków Hiszpanii, a z drugiej możemy po prostu przyjrzeć się, jak żyją mieszkańcy, obserwując ich proste gesty i zachowania – jak żywiołowo ze sobą rozmawiają, jak wykrzykują zamówienie do kelnera albo nawołują się z końca sali. To również ważny element kolorytu miasta, który warto zapamiętać i zabrać ze sobą, toteż zachęcam, by nieśpiesznie pokluczyć uliczkami, niekoniecznie z nosem w mapie.

Warto zaufać intuicji?

– Tak, to niezwykłe, co możemy odkryć poza przewodnikowym kanonem atrakcji, po prostu idąc przed siebie bez celu. Sam bardzo lubię dzielnicę Las Letras przy Plaza de Santa Ana – miejsce z mnóstwem wąskich uliczek, gdzie mieszkał Miguel de Cervantes. Madryt ma to szczęście, że historia nie wpłynęła tak drastycznie na architekturę, która – mimo dziejowych zawirowań – od setek lat pozostała niezmienna. Ta "starość" w nadzwyczajny sposób przeplata się z nowoczesnością, co stanowi kluczową wartość współczesnego Madrytu. Warto np. odwiedzić w Madrycie najstarszą restaurację na świecie, która działa nieprzerwanie od połowy XVIII w.

Jak już wejdziemy do tej lub innej restauracji, czego warto spróbować, by poznać istotę hiszpańskiej kuchni? Czy Madryt również ma swoje tradycyjne specjały?

– Tak, i mogą być one zaskakujące, bowiem dieta śródziemnomorska kojarzy się z rybami, owocami morza, dużą ilością oliwy, warzyw i nasion strączkowych, tymczasem kuchnia madrycka – czy szerzej kastylijska – gryzie się z obrazem delikatnych hiszpańskich kulinariów. Dania Madrytu są bardzo ciężkie. Najlepszym przykładem są zupy, a zwłaszcza przypominająca rosół cocido madrile?o z wieloma rodzajami mięsa, podawanego z cieciorką na drugie danie. Ponieważ zimy bywają w wysoko położonym i otoczonym górami Madrycie chłodne, potrawy są treściwe i rozgrzewające. Mimo że stolica znajduje się w centralnej części kraju, daleko od morza, wiele restauracji serwuje znakomite potrawy na bazie ryb i owoców morza, na bieżąco sprowadzanych z północno-zachodniego wybrzeża Galicji. Ośmiornice i raki nie są rzadkością ani na straganach, ani na madryckich stołach, i właśnie ta różnorodność jest największą zaletą kuchni hiszpańskiej. Największą atrakcją dla turystów są królujące w hiszpańskich barach tapas przekąski, które zazwyczaj spożywa się na stojąco, przy barze, popijając czerwonym winem albo – coraz powszechniejszym – piwem. Każdy bar ma swoją specjalność wśród oferowanych tapas, która cieszy się szczególną popularnością wśród gości, a to z kolei doskonale wpisuje się w swego rodzaju rytuał mieszkańców, bowiem w Hiszpanii do baru idzie się na 5 min. na szybką przekąskę, po czym rusza się do następnego, spróbować innych tapas i znów zmienia się miejsce.

Jakie inne zakątki Hiszpanii poza Madrytem najbardziej cię zafascynowały podczas wycieczek krajoznawczych, niekoniecznie ze względów kulinarnych, ale również krajobrazowych, kulturowych?

– Wprost uwielbiam Andaluzję i jak wielu moich znajomych bardzo lubię jeździć na południe kraju, a najpiękniejszym miastem Hiszpanii jest dla mnie Sewilla. Brakuje mi go równie mocno jak Madrytu. Mogę spędzić tam dzień lub dwa dni, a gdy mam wyjeżdżać, budzi się we mnie smutek i nostalgia. Sewilla to jedno z tych miejsc, w których warto się z premedytacją zgubić, a zwłaszcza zapuścić w zakamarki dzielnicy Triana, będącej kolebką flamenco, a zarazem esencją południa Hiszpanii z wyjątkowym klimatem i tradycyjną zabudową, co doskonale potwierdza obraz Hiszpanii, jaki ma w głowie większość ludzi – z tańcem i niezwykłą radością mieszkańców.

Północ też może zachwycić?

– Zdecydowanie. Właśnie niedawno, w zeszłym roku, spełniłem jedno ze swoich największych marzeń z dzieciństwa i przeszedłem szlak św. Jakuba. Wyruszyłem z granicy z Francją i w 22 dni pokonałem 800 km do Santiago de Compostela, od wieków będącego celem pielgrzymów. To jeden z najstarszych szlaków pielgrzymkowych w Europie, natomiast w przeciwieństwie do szlaków wiodących do Rzymu czy Jerozolimy ta pielgrzymka ma zwykle charakter nie tyle religijny co osobisty. Większość ludzi – a spotyka się tu mieszkańców różnych zakątków świata, w większości Koreańczyków, Amerykanów, Australijczyków – przemierza tę trasę samotnie, ale nie traktuje jej jak pielgrzymki, lecz jak przygodę, nowe doświadczenie, sposób na oderwanie się od codziennej rzeczywistości i pretekst do pobycia ze sobą sam na sam, przemyślenia pewnych spraw w otoczeniu piękna natury. Dzięki temu poznałem północ Hiszpanii, która do tego czasu była mi zupełnie obca. To niesamowite tereny, bardzo odbiegające od charakteru południowych regionów czy wypalonych suchych ziem Kastylii i okolic Madrytu. W tej części kraju jest zielono, spotyka się dużo wód, niektóre rejony przypominają mi polskie góry. Podczas mojej wyprawy bardzo spodobało mi się Burgos, które polecam nie tylko jako przystanek na szlaku wędrowcom zmierzającym do Santiago.

Dla ciebie trasa miała wymiar duchowy czy turystyczny?

– Ja traktowałem te tygodnie jako doświadczenie duchowe. Wielu Hiszpanów przemierza ten szlak, ja od dzieciństwa słyszałem, jak mój tata opowiada, że chciałby pójść szlakiem do Santiago de Compostela. Jemu się to dotąd nie udało, a ja jestem szczęśliwy, że spełniłem to marzenie i mam nadzieję, że jeszcze to powtórzę. Niektóre rodziny dzielą szlak na odcinki i pokonują go na raty, traktując to jako formę spędzenia wakacji lub pomysł na weekendowy wypad. Inni szukają nowych wyzwań, doświadczeń innych niż to, co dotychczas przeżyli. Są też ludzie, którzy znaleźli się na życiowym rozstaju i muszą sobie pewne rzeczy przemyśleć i poskładać w całość.

Ty osiągnąłeś swój cel?

– Tak, wróciłem spokojniejszy, bardziej wyciszony i zdystansowany, ale też nie mogę powiedzieć, że odmieniony jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na pewno jednak był to cenny czas do namysłu i zastanowienia, a przy okazji świetny pretekst do odkrycia Hiszpanii, której wcześniej nie znałem.

Czy w ciągu tych 22 dni marszu coś zrobiło na tobie wyjątkowe wrażenie i szczególnie zapadło ci w pamięć?

f Szedłem z plecakiem i wieloma wątpliwościami, czy uda mi się przebyć szlak w wyznaczonym czasie. O dziwo, zdołałem dojść do celu szybciej, niż planowałem, bo dawałem sobie miesiąc. Najbardziej zapamiętam spotkania z ludźmi, z którymi los zetknął mnie na szlaku. Niekiedy były to magiczne chwile, bo wybrałem się na wyprawę w kwietniu, kiedy szlak jest jeszcze mało uczęszczany, i bywało, że wiele godzin byłem zupełnie sam, wokół mając jedynie pustkę. Co zadziwiające, po przejściu 800 km w samym Santiago spędziłem zaledwie 40 min.

To potwierdzenie, że droga bywa ważniejsza niż sam cel?

– To prawda. Na szlaku zrozumiałem, że łatwiej osiągnąć cel, gdy nie patrzymy za siebie. Gdy dotarłem na miejsce, czułem smutek, że to już koniec, a jednocześnie samo miasto zupełnie nie zrobiło na mnie wrażenia. Natomiast już teraz bardzo tęsknię za tą moją camino. Czuję się częścią tej drogi i już zaczynam obmyślać, jak wygospodarować miesiąc, żeby znów przeżyć coś tak niezwykłego.

Turyści na szlaku korzystają z bazy przygotowanej dla pielgrzymów, czy gościnności mieszkańców miejscowości i wiosek mijanych po drodze?

– Ponieważ ów historyczny szlak w Hiszpanii jest jednocześnie najbardziej popularnym, niestety również tam zakrada się komercja. Po drodze są schroniska państwowe i parafialne oraz hostele i prywatne miejsca noclegowe, więc nie ma obawy – prędzej, czy później dotrze się do miejsca, w którym będzie można odpocząć w warunkach, jak je określam, wygodnej ascezy – w wieloosobowych salach z piętrowymi łóżkami. Takich miejsc jest na tyle dużo, że nie trzeba się wcześniej martwić i rezerwować noclegu z wyprzedzeniem. Niesamowicie jest iść tyle dni przed siebie, nie wiedząc, gdzie się danego dnia zatrzymasz i kogo spotkasz na swej drodze.

Czego najbardziej brakuje ci w Polsce, gdy myślisz o Hiszpanii?

– Chyba widoku gór, który jest wpisany w madrycką scenerię. Wystarczy godzina drogi samochodem, by móc wędrować po zboczach. W Warszawie to już wyprawa. Jednocześnie od dziecka porównuję Polaków i Hiszpanów, i widzę wiele podobieństw. Mamy podobną wrażliwość i – niestety – skłonność do narzekania. Wbrew pozorom łączy nas również otwartość. Hiszpanie wydają się znacznie bardziej bezpośredni, żywiołowi i towarzyscy, ale to nie musi zaraz oznaczać głębszej relacji i przyjaźni, jakiej można by się spodziewać po otwartości, jaką ktoś ci okazuje. W Polsce brakuje mi spojrzeń w oczy ze strony przechodniów na ulicach, ale chociaż otwartość wymaga tu więcej zaufania, pracy, czasu, kiedy już ktoś ofiaruje ci przyjaźń, to wiesz, że możesz na niego liczyć i że będzie ci oddany.

 

Magazyn VIP

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ